Fascynujący Świat Munchkina X: Pirackie życie, cz. III i Ostatnia

Witajcie, moi drodzy, w kolejną sobotę. Wszystko, co dobre szybko się kończy, nadszedł więc też koniec trzyczęściowego tekstu o piratach. Mam nadzieję, że czytając go bawiliście się przynajmniej tak samo dobrze, jak ja podczas pisania. Na przestrzeni minionych dwóch tygodni dowiedzieliśmy się o piratach i korsarzach już całkiem sporo. Sporo zostało jednak jeszcze do odkrycia. Zabierajmy się więc do dzieła.

Zaczniemy od nieco bardziej przyziemnych spraw. Opowiemy sobie nieco o pirackiej diecie, a następnie przejdziemy do ich przesądów i obyczajów.

Z piratami nieodzownie kojarzy się rum. I rzeczywiście był to niezwykle popularny trunek, tani i łatwy w produkcji. Głównym składnikiem rumu jest trzcina cukrowa, której plantacji w tamtych rejonach nie brakuje. Piwo przez wysoką cenę, wynikającą z braku niezbędnych do jego produkcji składników w większych ilościach, było mniej popularne. Choć może po prostu piraci woleli coś mocniejszego? Co ważniejsze rum był głównym składnikiem uniwersalnej broni przeciwko najgorszemu wrogowi wszystkich marynarzy. Szkorbut, bo to o nim właśnie mowa, to wielonarządowa, niezakaźna choroba, która w skrajnych przypadkach może prowadzić nawet do zgonu, polegająca na braku witaminy C. Jej objawami są bóle mięśni i stawów, krwawienie z dziąseł i wypadanie zębów, niedokrwistość oraz ogólne osłabienie. Piratom doskwierał on co prawda rzadziej niż marynarzom, gdyż wypływali na krótsze rejsy i częściej zawijali do portu. Przed zachorowaniem chronił grog. Był to rozcieńczony z wodą rum z dodatkiem soku z cytrusów i przypraw dla poprawy smaku. Marynarze otrzymywali go codziennie, co poprawiało morale. Jednocześnie musieli przestrzegać nakazu spożycia całej porcji. Miało to zapobiegać “chomikowaniu” trunku na później w celu upicia się. Piraci i marynarze z regionów, gdzie brakowało cytrusów, przed szkorbutem chronili się uzupełniając swoją dietę o kiszone warzywa, głównie kapustę i ogórki.

CIEKAWOSTKA: Nazwa grog pochodzi od przezwiska admirała Edwarda Vernona (Old Grog), który jest uważany za jego wynalazcę. Przezwisko zawdzięcza faktowi, że nie rozstawał się w zasadzie ze swym sztormiakiem uszytym z grogramu.

Oczywiście piraci nie tylko pili. Musieli też coś jeść. Im dłużej trwał rejs, tym większy był problem z dostępnością świeżych produktów. Nastawały dni, że na cały posiłek składał się kawałek suchara, niejednokrotnie z mięsnym lokatorem w postaci wołka zbożowego albo mącznika młynarka albo niezwykle pożywny wywar ze skórzanego paska czy buta. Ale skupmy się na weselszych i smaczniejszych przykładach. Oczywiście w diecie piratów nie brakowało ryb czy innych morskich stworzeń, lokalnych owoców czy warzyw. Wiele z dań spożywanych przez nich do dziś można spotkać w kuchniach różnych karaibskich państw, takich jak Jamajka, Kuba Haiti czy Kostaryka. Ciekawym posiłkiem było Salmagundi, jednogarnkowa potrawa składająca się z mięsa marynowanego w winie i przyprawach, zieleniny oraz jaj.

Po tym smacznym wstępie, nadszedł czas, by rozprawić się z kilkoma pirackimi mitami. Na pierwszy ogień idzie zakopywanie skarbów. Czy rzeczywiście ulubionym hobby piratów było kopanie dziur w ziemi i wrzucanie do nich zrabowanych kosztowności? Muszę Was rozczarować, ale nie. Znane są dwa przypadki zakopywania skarbu, sami więc widzicie, że były to sytuacje wyjątkowe, a nie norma. Pirat nie miał raczej disneyowskiej perspektywy w stylu “… i żyli długo i szczęśliwie”, nie marzył więc o spokojnej emeryturze. Dlatego też oszczędzanie pieniędzy nie było szczególnie popularne. Dużo lepiej i zabawniej było swoją dolę łupów przepuścić w najbliższym porcie na miłe towarzystwo i alkohol.

No dobra, a co z drewnianymi nogami czy hakami zamiast dłoni? No tu sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Ze względu na tryb życia, jaki prowadzili, piraci często otrzymywali lżejsze albo poważniejsze urazy. Jeśli konieczna była amputacja, dokonywał jej okrętowy kucharz, dokładnie tymi samymi narzędziami, którymi wcześniej przygotowywał obiad. Mam nadzieję, że nie muszę wspominać, że z braku bieżącej wody, higiena nie była mocną stroną marynarzy. Dlatego też jeśli nasz delikwent nie zginął od rany czy upływu krwi, najprawdopodobniej wykończyła go infekcja. Dlatego też nie było zbyt wielu, piratów z drewnianą nogą czy hakiem. Opaski na oczy były natomiast niezwykle popularne, ale wcale nie dlatego, że korsarze jakoś wyjątkowo często tracili oczy. Służył one przyzywczajeniu oka do ciemności, dzięki temu po wejściu pod pokład, by walczyć z ukrywającą się w ładowni załogą, oczy piratów, którzy byli przed chwilą na doskonale oświetlonym pokładzie, nie potrzebowały cennych sekund, by przyzwyczaić się do mroku. Przekładali oni po prostu opaskę na drugie oko i mogli bez przeszkód skutecznie walczyć od razu.

Piraci uwielbiali biżuterię wszelkiej maści. Z chęcią przekłuwali uszy, nosili pierścienie czy bransolety, ale także wstawiali sobie sztuczne zęby. Dominowało złoto, oprócz faktu, że biżuteria i drogie kamienie to doskonała lokata kapitału, piraci wierzyli, że przez fakt, że mają na sobie szlachetny metal, sami stają się szlachetniejsi i skuteczniejsi w walce.

Piraci, jak wszyscy marynarze, byli niezwykle przesądni. Gwizdanie na pokładzie? Nigdy w życiu! Przynosi pecha. Zabijanie albatrosów? Zapomnij! Nie wolno! Wypływanie w piątek? No co Ty?! Kobieta na pokładzie? Też nie bardzo. I to wcale nie dlatego, że rozpraszałaby swymi wdziękami marynarzy. Statki często na galionach miały podobizny kobiet oraz nosiły kobiece imiona. Chodziło o to, żeby statek nie był zazdrosny o inną niewiastę. Do dziś w języku angielskim mówi się statkach “she”. Od tej zasady również istniały całkiem znane wyjątki. Jack Rackham (Calico Jack) rabował inne statki w towarzystwie dwóch innych znanych “piratek” – Anne Bonny, która była jego kochanką oraz Mary Read. Nie należało też zmieniać nazwy statku, ale to akurat dosyć często się zdarzało, zwłaszcza w przypadku kradzionych jednostek. Dokonał tego sam Czarnobrody. Przemianowując ukradziony Francuzom La Concorde na Zemstę Królowej Anny.  A skąd ta znana z popkultury piracka papuga? To kolejny przesąd. Wierzono, że o ile futro przynosi pecha, o tyle pióra szczęście.

Piraci bali się generalnie tylko jednego – morskiej toni. Szczególną estymą darzyli legendarnego Davy’ego Jonesa, kapitana Latającego Holendra. Pierwsza wzmianka o tej istocie pochodzi z połowy XVIII w. Znano już wtedy określenie “skrzynia Davy’ego Jonesa” jako dno oceanu, gdzie lądują topielcy.

Widzicie, moi drodzy, że piracki żywot nie wyglądał tak romantycznie czy rozrywkowo, jak przedstawia to nam Hollywood. Było to niebezpieczne zajęcie wiążące się z ogromnym ryzykiem śmierci w walce albo odwiedzenia szafotu. Zysk dla szeregowego załoganta pirackiej jednostki też nie był szczególnie wielki. Większość piratów zostawała nimi z konieczności, a nie z wyboru – skuszona wizjami łatwego zarobku i czekających na nich gór złota. Pamiętajmy, że przede wszystkim, byli to rozbójnicy i mordercy, z którymi lepiej było nie spotykać się twarzą w twarz.

Dziękuję Wam bardzo, moi drodzy, za uwagę i przeczytanie tego podzielonego na części tekstu. W następną sobotę, czyli 19.09. odwiedzamy piękny Toruń i gościmy na Coperniconie, na który wszystkich Was serdecznie zapraszam. Z tego powodu wpisu nie będzie. Ale co się odwlecze to nie uciecze.

W kolejnym wpisie wrócimy do tematu Mitologii Cthulhu i przyjrzymy się nieco dokładniej przedstawicielom panteonu Przedwiecznych.

Do przeczytania!

Pozostałe posty