Fascynujący Świat Munchkina V: Karcianki, z czym to się je? Część I

Zakładam, że nikogo nie zaskoczę, gdy napiszę, że Munchkin jest grą karcianą. Wiem, wiem, Ameryki nie odkryłem, ale jakoś zacząć musiałem.

No dobra, nazwa nazwą, ale o co w ogóle chodzi w grach karcianych, zwanych potocznie karciankami?

Odpuszczę sobie zupełnie gry opierające się o tradycyjne, znane wszystkim, 52-kartowe talie. Nie będzie więc wstępu do pokera, brydża czy tysiąca. Skupimy się na historii karcianek oraz na różnicach między kolekcjonerskimi a niekolekcjonerskimi.

Od razu też zaznaczę, że moim celem nie jest i nigdy nie było wymienienie wszystkich, czy choćby nawet wszystkich ważniejszych, tytułów, gdyż ze względu na ich mnogość i moje wrodzone lenistwo, jest to po prostu, w tekście tej objętości, niemożliwe. Moim celem jest, byście zostali wyposażeni w podstawową wiedzę na temat gier karcianych oraz ewolucji jaką przechodziły.

O ile większość przykładów podawanych w dalszej części tekstu jest bezsprzecznie grami karcianymi (klasycznym ujęciu), o tyle pojawią się też mniej oczywiste przykłady gier, które wymykają się sztywnym ramom i stanowią swego rodzaju pomost między grami karcianymi a planszowymi.

Wszystko zaczęło się w 1993 roku, kiedy to Richard Garfield przyszedł do firmy Wizards of the Coast ze swoim pomysłem. Tak narodził się Magic the Gathering. Gra została zaprezentowana w tym samym roku na targach Origins i spotkała się z niezwykle ciepłym przyjęciem, za którym przyszedł gigantyczny sukces finansowy. Od powstania Magica możemy mówić o początku rynku gier karcianych w ogóle, a protoplasta gatunku od samego początku pozostaje niekwestionowanym liderem całego interesu.

Charakterystyczną cechą karcianek kolekcjonerskich, a do takich właśnie zalicza się Magic the Gathering, jest… uwaga, uwaga potencjał do budowania i rozwijania swojej kolekcji. Karty wydawane w każdej edycji (bloku czy generacji, zwał jak zwał) liczone są w setkach, a przywiązanie klienta do marki następuje poprzez wywołanie u niego chęci posiadania coraz to lepszej talii. W skrócie, im więcej pieniędzy wyłożysz na stworzenie swojej talii, tym będzie ona potężniejsza (klasyczny wręcz przykład systemu pay to win). Kwintesencją tego stanu rzeczy są boostery – mini dodatki zawierające kilkanaście losowych kart. Tak więc nigdy nie wiadomo, co dokładnie nam się trafi i czasem ma się szczeście, częściej nie.

CIEKAWOSTKA: Wizards of the Coast stworzyło przy współpracy z Nintendo także kolekcjonerską karciankę Pokémon. Gra obecnie jest dalej wydawana, ale już bez udziału Czarodziejów z Wybrzeża.

W pierwszej połowie lat 90-tych popularny też był Doom Trooper. W odróżnieniu od Magic the Gathering nie wcielaliśmy się tam w magów, a kierowaliśmy potężnymi korporacjami, decydując o losach całych planet. Jego przewagą nad Magiciem był fakt, że wychodził w naszym rodzimym języku, niestety nie wytrzymał konkurencji i zniknął z rynku.

Wiele gier karcianych opiera się na światach stworzonych na potrzeby gier RPG, np. Legenda 5 Kręgów, Shadowrun, World of Warcraft (tutaj akurat MMORPG), Vampire the Eternal Struggle (Wampir Maskarada).

Ciekawym pomysłem jest format realizowany od kilku lat przez amerykańskie wydawnictwo Fantasy Flight Games. Nazwano go Living Card Game (LCG) i stanowi on pomost między karciankami kolekcjonerskimi i niekolekcjonerskimi.

Przygodę z nimi rozpoczynamy kupując zestaw podstawowy, zawierający talie dla dwóch (czasem więcej) graczy. Są one rozwijane przez wydawane cyklicznie dodatki. W każdym jednak znajduje się dokładnie taki sam zestaw kart. Bez żadnego problemu więc każdy z graczy może posiadać całą linię wydawniczą i stworzenie wymarzonej przez nas talii nie będzie nas kosztowało setek złotych. System ten również sprawia, że w zasadzie nie istnieje rynek wtórny. Nikt nie sprzedaje rzadkich kart, bo ich po prostu nie ma. Tym samym nie ma sytuacji, w której moglibyśmy traktować nasze hobby jak swego rodzaju inwestycję. Przyznaję niecodzienną na naszym małym rynku, ale wcale nie aż tak szokującą za Atlantykiem. Wam, drodzy czytelnicy, pozostawiam ocenę, który model jest lepszy.

CIEKAWOSTKA: Najdroższe karty do Magic the Gathering osiągają na aukcjach cenę kilkuset dolarów. Owiany legendarną sławą artefakt Black Lotus, który jest najdroższą kartą spośród wszystkich, nawet kilkanaście razy więcej.

Na dziś to by było tyle. W kolejnej notce opiszę najnowszy model funkcjonujący na rynku – Adventure Card Game oraz wspomnę o grach, w których karty odgrwają zasadniczą rolę, acz same grami karcianymi już nie są.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

Pozostałe posty