FASCYNUJĄCY ŚWIAT MUNCHKINA CZ. XVIII – NAJPOPULARNIEJSZE UNIWERSA SCIENCE FICTION CZĘŚĆ II: Gwiezdne…

 

Witam Was, moi drodzy, w kolejną środę. Dziś będziemy kontynuować wątek rozpoczęty w poprzednim odcinku, dotyczący science fiction. Ostatnio przedstawiłem Wam genezę gatunku oraz kilku najpopularniejszych pisarzy. Nadszedł czas, by opowiedzieć nieco więcej o samych różnorakich uniwersach. Skupimy się na tych filmowych.

Zakładam, że dla bardzo wielu z Was pierwszym obrazem po usłyszeniu: filmowe uniwersum s-f  będzie epicka walka dzielnych sił Rebelii ze złym Imperium. Całkiem słusznie zresztą. Choć po prawdzie Gwiezdne Wojny to dzieło bytujące gdzieś na pograniczu science fiction i fantasy, ale o tym później. Tym uniwersum, niczym wisienką na torcie, zwieńczymy ten tekst.

Rozpoczniemy od bodaj największego konkurenta Gwiezdnych Wojen, czyli Star Treka. Jest to niewątpliwie najbardziej rozwinięte uniwersum w popkulturze. Wszystko zaczęło się w 1966 roku, czyli jakby nie patrzeć pół wieku temu. Szmat czasu! Przez ten czas powstało 6 seriali, 12 filmów, kilka gier komputerowych, a także wiele książek i komiksów. Seriale (czy filmy) to space opery w klasycznym wydaniu. Załoga statku USS Enterprise śmiało kroczy tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek.

Od 2009 roku mamy okazje oglądać w kinach reboot serii. Pierwsze dwa filmy wyreżyserował J.J. Abrams. Trzeci – Star Trek: W nieznane, którego reżyserem jest Justin Lin – wejdzie do kin w tym roku. Niestety niedawno doszła do nas tragiczna wiadomość. Anton Yelchin, odgrywający rolę nawigatora Pavla Chekova, 19 czerwca zginął.

Star Trek jest niewątpliwie fenomenem popkultury. Wiele ze stałych wypowiedzi bohaterów weszło do języka potocznego. Prototyp amerykańskiego promu kosmicznego nazwano, na cześć statku bohaterów tego tytułu, Enterprise.

Osobnym fenomenem jest klingoński – język, którym posługuje się rasa występująca w uniwersum. Przez lata stał się on jednym z najpopularniejszych (obok esperanto i języka quenya) sztucznych języków na świecie. Na klingoński przetłumaczono Biblię. Napisano w tym języku także operę.

Innym, niezwykle interesującym, serialem o eksploracji kosmosu był Battlestar Galactica (mowa tu o nowej serii kręconej w latach 2004-2009). Flota cywilnych statków kosmicznych dowodzona przez przestarzały, wręcz muzealny, okręt wojenny błąka się po kosmosie w poszukiwaniu Ziemi. Tak w jednym zdaniu można streścić główny wątek fabularny. Niby pomysł jakich wiele, ale twórcy dodali do tego wszystkiego sporo smaczków. Ludzkość toczyła wojnę domową ze stworzoną przez siebie rasą inteligentnych robotów – Cylonów. Wojna przez długi czas nie przynosiła żadnego rozstrzygnięcia. Zawarto więc rozejm. Po dziesięciu latach spokoju, Cyloni przypusczają zmasowany, nuklearny atak na Dwanaście Kolonii (planet zamieszkanych przez ludzi). Zagładę przetrwało około 50 tys. ludzi, którzy akurat mieli szczęście być na jakimś statku w przestrzeni. Co więcej, Cyloni, dzięki bioinżynierii, wyglądają teraz jak ludzie i najprawdopodobniej mają szpiegów we flocie. A to dopiero początek zmagań ludzkości z przeciwnościami. Z całości wyszedł kawał solidnego widowiska telewizyjnego z ciekawymi bohaterami oraz często nieprzewidywalnymi zwrotami akcji. Serial zdecydowanie godny polecenia.

Opuścimy na chwilę Amerykę i zawitamy na wyspy, jeszcze (wybaczcie, nie mogłem powstrzymać się przed tą drobną złośliwością), Zjednoczonego Królestwa. Opowiemy sobie o wpisanym do Księgi Rekordów Guinnessa jako najdłuższy serial science fiction, liczącym obecnie 826 odcinków, jedynym w swoim rodzaju – Doktorze Who.

Serial opowiada perypetie tytułowego Doktora – Władcy Czasu z planety Gallifrey. Ukradł on dawno temu wehikuł czasu i od tamtej pory przemierza czas i przestrzeń, przezywając różnorakie przygody. Serial emitowany jest (z przerwami) od 1963 roku. Osobom, które serii nie znają, zapaliła się pewnie teraz czerwona lampka, a w głowach zagościło pytanie, w jaki sposób jest możliwe robienie serialu o jednym bohaterze przez ponad 50 lat? No właśnie.

W trakcie kręcenia trzeciego sezonu w 1966 roku, okazało się, że odtwórca tytułowej roli, William Hartnell, ma poważne problemy zdrowotne i nie będzie w stanie kontynuować swej pracy przy dalszych odcinkach. Nie chcąc kończyć popularnego serialu, twórcy wpadli na pomysł, że Doktor, jako przedstawiciel obcej rasy, posiada moc regeneracji. Jeśli jego ciało umrze albo dozna poważnych obrażeń, Doktor odradza się. Nowe ciało wygląda inaczej, ma też inną psychologię. Pozwoliło to twórcom znacznie, jak zresztą doskonale widać, przedłużyć żywotność serialu. Nowy aktor nie musi także wzorować się na poprzednikach i może swobodnie wykreować własną koncepcję postaci. Obecnie rolę dwunastego Doktora odgrywa Peter Capaldi, który za młodu sam był fanem serialu, zupełnie jak spora część obsady, z głównym scenarzystą, Stevenem Moffatem, na czele. Kto nie zna, musi koniecznie sprawdzić. 😉

Opuszczamy stajnię BBC i wracamy za Atlantyk. Jak wyglądałoby życie weteranów armii konfederackiej po przegranej wojnie secesyjnej? Takie właśnie pytanie zadał sobie Joss Whedon i wpadł na pomysł serialu Firefly. Pomysł nieco ewoluował, a akcja serialu została przeniesiona do XXVI w. Zachowano jednak wiele elementów westernowych. Bohaterami są załoganci statku Serenity, pod dowództwem kapitana Malcolma Reynoldsa, którzy mierzą się z trudami przemytniczego życia na rubieżach cywilizacji.   

Firefly jest swoistym fenomenem. Mimo że został zdjęty z anteny po emisji zaledwie 11 z 14 nakręconych odcinków (niepełnym jednym sezonie), szybko zyskał miano kultowego. Jego fandom stale rośnie, podsycany co rusz powtarzającymi się plotkami o planowaniu kontynuacji (choć wierzą w nią już chyba tylko najwierniejsi fani), mimo że od emisji pełnometrażowego filmu (domykającego niektóre wątki z serialu) minęło ponad 10 lat.

Zanim przejdziemy do dania głównego, wspomnę jeszcze pokrótce o kilku pozycjach, które warto znać.

W roku 1994 Roland Emmerich (ten sam, który popełnił dwie części Dnia Niepodległości) nakręcił film, w którym to ekspedycja archeologiczna podczas wykopalisk w Egipcie natknęła się na okrągłą strukturę zbudowaną z metalu niewystępującego na Ziemi. Okazało się, że za pomocą tegoż urządzenia można podróżować na inne planety. O pierwszej takiej wyprawie opowiadał film Gwiezdne Wrota. 3 lata później zdecydowano się na produkcję serialu będącego jego bezpośrednią kontynuacją. Widzowie mogli oglądać przygody grupy SG-1 przez 10 sezonów, co jak na standardy telewizji jest naprawdę imponującym, choć, jak już wiemy, nie rekordowym wynikiem. Po zakończeniu emisji na dokładkę były jeszcze dwa spin-offy oraz serial animowany. Odpuszczę sobie streszczanie fabuły, niech każdy się przekona na własną rękę. Serial godny szczerego polecenia.

Przed Gwiezdnymi Wojnami czeka nas ostatni przystanek. W 1994 William Gibson napisał powieść Neuromancer. Książkę tę uznaje się za początek cyberpunku. Co należy do wyznaczników gatunku, zapytacie? Akcja umiejscowiona jest najczęściej w dystopijnym (to trudne słowo nie ma nic wspólnego z bólami kręgosłupa, a odnosi się do pesymistycznej wizji przyszłości) świecie. Bohaterowie mają możliwość modyfikowania swego ciała oraz zwiększania jego fizycznych możliwości za pomocą cybernetycznych wszczepów. Częstym motywem jest także możliwość przenoszenia swojej jaźni wprost do programów komputerowych. Wszystkie te rzeczy odnajdziecie w  nakręconym w 1999 roku przez (wtedy jeszcze) braci Wachowskich Matriksie, którego, zakładam, większość z Was widziała. Po dziś dzień pozostaje on na szczycie, jeśli chodzi o cyberpunkowe obrazy. Nie żeby miał szczególnie szeroką konkurencję. Przygody ludzi walczącymi z maszynami możemy przezywać podczas trzech pełnometrażowych filmów fabularnych, serii filmów animowanych, wielu książek oraz grając w dwie gry komputerowe.   

Nadszedł czas na danie główne. Najpopularniejsze i najbardziej dochodowe uniwersum wszechczasów. Moi państwo, oto przed Wami Gwiezdne Wojny. Ciężko znaleźć inne dzieło istniejące w tylu różnych mediach jednocześnie. Gwiezdne Wojny to fenomen kulturowy, który nie ma sobie równych.

Wszystko zaczęło się w roku 1977 wraz z wypuszczeniem przez Georga Lucasa pierwszego filmu z uniwersum. Numer IV oraz podtytuł – Nowa Nadzieja dodano w 1981 roku. Inspiracji do stworzenia dzieła szukano w różnorakich miejscach. Od prozy Herberta poprzez dzieła Asimova na samurajskich filmach Kurosawy kończąc.

CIEKAWOSTKA: Krążą plotki, że postaci C-3PO oraz R2-D2, a także główna oś fabularna Nowej Nadziei, zostały zainspirowane filmem Akiry Kurosawy Ukryta Forteca z 1958 roku.

Prosta, wręcz archetypowo-baśniowa historia, okraszona mistycyzmem Mocy i umiejscowiona w odległej galaktyce. To musiał być sukces. Sukces, w który nie wierzył reżyser. Podobno zaraz po premierze wyjechał na wakacje, by nie mieć styczności z, w jego przekonaniu, miażdżącymi opiniami krytyków. Był zapewne mile zaskoczony po powrocie.

CIEKAWOSTKA: George Lucas krótko przed premierą Gwiezdnych Wojen zobaczył Bliskie Spotkania Trzeciego Stopnia Stevena Spielberga, z którym prywatnie się przyjaźni. Był zachwycony filmem i stwierdził, że jego dzieło nie dorasta mu do pięt. Założyli się więc, że ten którego film odniesie większy sukces, podzieli się niewielkim ułamkiem zysku z drugim. Spielberg do dziś dostaje czeki. 😉  

Obecnie Gwiezdne Wojny to istna fabryka do robienia pieniędzy. Na dzień dzisiejszy mamy do dyspozycji siedem filmów pełnometrażowych, osiem filmów animowanych, kilkadziesiąt książek i komiksów oraz mnóstwo gier komputerowych. Nie wspominając o niezliczonej liczbie zabawek i gadżetów. Nie brak także gier karcianych, planszowych ani fabularnych spod tego szyldu. A końca tego wszystkiego nie widać.

Rozpisałem się dziś nieco, moi drodzy, ale jak sami widzicie – temat jest dosyć obszerny. Nie jestem oczywiście aż tak zadufany w sobie, by uważać, że został on wyczerpany. To na pewno nie. Sądzę jednak, że może stanowić niezłą podstawę dla osób, które chciałby poznać nieco lepiej najpopularniejsze uniwersa fantastyki naukowej.

Pozdrawiam i do przeczytania w kolejną środę.

Pozostałe posty