Fascynujący Świat Munchkina Cz. XVI – Apokalipsa w (pop)Kulturze

Witajcie, moi drodzy, w kolejną środę. W najnowszym odcinku znów odpoczniemy od mechaniki Munchkina. Ja wiem, że to jest właśnie to, co tygryski lubią najbardziej, ale pamiętajmy, że co za dużo, to niezdrowo. Nie żeby dzisiejszy temat był szczególnie zdrowy, ale do rzeczy. Dziś opowiemy sobie troszeczkę o różnych wizjach końca tego padołu łez. Będzie nieco dłużej niż zwykle. 😉

Jest jedna ważna rzecz, o której wypadałoby wspomnieć na samym wstępie. Słowo apokalipsa pochodzi z greki i oznacza objawienie. Samo w sobie nie ma więc żadnych (uwaga, trudne słowo) eschatologicznych konotacji. Znaczenie potoczne jednak niemal zupełnie przyćmiło dosłowne i dziś niemal każdy mówiący o apokalipsie ma na myśli koniec świata. Podobna zmiana dosłownego znaczenia, choć w mniejszym stopniu, ma się ze słowem armageddon. Z hebrajskiego Har-Mageddon, co oznacza górę Megiddo. Słowo Megiddo oznacza koncentrację wojsk. Było to miasto o w starożytnej Palestynie o niezwykle ważnym strategicznie położeniu. Pod Har-Mageddonem ma odbyć się ostateczna bitwa Chrystusa z Szatanem.

W zasadzie każda kultura czy religia, niezależnie od tego, w jakim czasie i na jakiej szerokości geograficznej powstała, miała swoją wersję początku świata. Są one niezwykle różnorodne. Zakładają wyłonienie się z chaosu, powstanie z zetknięcia otchłani lodu i gorąca czy też kreację słowem. Jednakże wszystko, co się zaczyna, musi się kiedyś skończyć. Wizje końca świata, występujące w różnego różnych mitologiach, są już mniej zróżnicowane. Dużo większą liczbę potencjalnych rozwiązań może nam zaserwować popkultura.  

Odpowiedzi na pytanie: jak będzie wyglądał koniec świata? będą różne, w zależności od tego, kogo zapytamy. Najczęściej będą jednak oscylować wokół globalnego konfliktu (prawdopodobnie z użyciem broni masowego rażenia), udziału różnego rodzaju sił nadprzyrodzonych czy gigantycznnego kataklizmu naturalnego.    

Astrofizyk mógłby pokusić się o bardziej sprecyzowaną, podpartą naukowymi obliczeniami, odpowiedź. Jeśli nic ostatecznego nie stanie się wcześniej, życie na Ziemi zostanie definitywnie unicestwione za jakieś pięć miliardów lat, gdy Słońce zmieni się w czerwonego olbrzyma i pochłonie trzy pierwsze planety Układu Słonecznego. Nie musi to jednak oznaczać od razu końca ludzkiej cywilizacji. Prawdopodobnie wtedy będzie już możliwa kolonizacja innych planet w różnych rejonach tej bądź sąsiednich galaktyk. Na razie pozostaje to jednak jedynie w domenie fantastyki naukowej. Nie odbiegajmy więc od tematu i skupmy się na obecnie panujących wizjach końca wszystkich rzeczy.  

Różne wierzenia koniec świata niemal zawsze widziały jako konfrontację dobra ze złem. Ten pogląd znajdziemy w trzech największych religiach monoteistycznych, ale nie tylko. Występuje też na przykład w zaratusztrianizmie. Wspólnym mianownikiem jest w nich zwycięstwo dobra i ostateczne pokonanie zła. Nieco inaczej widzieli to wikingowie. W czasach ragnaröku, w walce z olbrzymami i potworami, zginąć mają bogowie oraz ludzie, a konsekwencją tegoż konfliktu ma być spalenie bądź zatopienie wszystkich dziewięciu światów. Z tej zagłady ma się oczywiście wyłonić nowy, pełen harmonii i spokoju, świat.

To oczywiście jedynie kilka przykładów religii. Apokalipsa inspirowała także naukowców. W latach zimnej wojny, gdy USA i ZSRR wzajemnie prężyły przed sobą muskuły i masowo testowały broń atomową, stworzony został Zegar Zagłady. Jego wyjściowa pozycja została ustawiona na 23:53. Północ miała oznaczać zagładę. Wtedy przyjmowano wojnę atomową za najbardziej prawdopodobną wizję końca. Dziś dopuszczane są także inne hipotezy jak nieodwracalne zmiany klimatu czy ogólne, nieostrożne, obchodzenie się z najnowszymi technologiami. Według zegara najbliżej zagłady byliśmy w roku 1953, gdy wskazywał 23:58. To z kolei, wiele lat później, zainspirowało brytyjską grupę Iron Maiden do napisania piosenki 2 Minutes to Midnight. (Najdalej od zagłady zegar był w 1991 roku i wskazywał 23:43.) Zegar Zagłady jest ciągle aktualizowany i obecnie wskazuje 23:57, czyli wcale różowo nie jest. Mimo trwającego, choć niezbyt dynamicznego, zmniejszania potencjału nuklearnego mocarstw, nadal na świecie istnieje wystarczająco wiele głowic jądrowych, by zniszczyć Ziemię kilkukrotnie.  

Jeśli przyjrzymy się różnym dziełom, zauważymy, że to właśnie atomowa apokalipsa oraz wizje, jak świat będzie wyglądał po nuklearnym holokauście, zdominowały popkulturę. Jestem pewien, że każdy z Was wymieni co najmniej kilka gier komputerowych czy filmów dziejących się w spustoszonym przez bomby świecie.  

Również niezwykle popularnym sposobem unicestwienia ludzkości są gwałtowne i drastyczne zmiany klimatu wywołane albo działalnością człowieka, albo będące następstwem różnych kataklizmów naturalnych. Masowe zalanie lądów, nowa epoka lodowcowa, erupcje wulkanów zalewające wszystko tonami lawy czy trzęsienia ziemi niszczące całe miasta. Wszystko to znajdziemy w rozległej filmotece fabryki snów.

Osobną kategorią naturalnego kataklizmu, na który nie mamy wpływu, jest kolizja z jakimś obiektem z kosmosu. Skoro zdarzyło się to wcześniej przynajmniej raz i spowodowało wymieranie kredowe, równie dobrze może wydarzyć się ponownie, a skutki mogą być równie katastrofalne. 65 milionów lat temu w Ziemię uderzyła asteroida o średnicy, jak podają geolodzy, około 10 kilometrów i spowodowała wymarcie 75% gatunków roślin i zwierząt. 10 kilometrów na skalę kosmiczną to bardzo niewiele, a jak się okazuje poczynione szkody można uznać za, w zasadzie, niemal całkowite. Nie dysponujemy obecnie technologią zdolną do obrony przed tego typu zagrożeniem. Co prawda NASA monitoruje wiele obiektów, które mogą znaleźć się z Ziemią na kursie kolizyjnym, ale nikt nie daje gwarancji, że jakiś nie zostanie pominięty. Jakby nie patrzeć, Wszechświat to sporo przestrzeni, w zasadzie całkowicie nam nieznanej. Łatwo coś przeoczyć. Gdyby okazało się, że w kierunku naszej planety leci podobny obiekt, najprawdopodobniej podzielimy los dinozaurów. Odwiert na asteroidzie pozostaje w sferze wizji Hollywood. No i nie jestem pewien, czy Bruce Willis zgodziłby się lecieć. 😉   

Skoro już jesteśmy przy kosmosie, zastanawialiście się może kiedyś, jak będzie wyglądał kontakt ludzkości z obcymi cywilizacjami (oczywiście o ile zakładamy, że takowe istnieją)? Można oczywiście założyć, że będzie to pokojowa wymiana wiedzy, kultury i doświadczeń. Można też założyć, że obcy zechcą skolonizować naszą planetę i zniszczyć bądź zniewolić nasz gatunek. Stephen Hawking stwierdził, że jeżeli obcy odwiedzą Ziemię, ludzie mogą podzielić los Indian, jaki spotkał ich po odkryciu Ameryk. Jakby nie patrzeć zdecydowana większość z nich zginęła, walcząc w obronie swoich ziem, a ci, którzy przeżyli, skończyli w rezerwatach.  

Zupełnie osobną wizję zaserwował nam James Cameron w filmie Terminator. Rozwój sztucznej inteligencji i pozbawionego empatii dążenia do optymalizacji spowodował dojście do wniosku, że najlepiej usunąć ludzkość z równania. Ten sam motyw mogliśmy zaobserwować w filmie Avengers: Czas Ultrona. Podobną wizję zaserwowali nam twórcy Matrixa. Tam co prawda ludzie przetrwali, jednak jedynym celem ich egzystencji było służenie za pożywkę do zasilania maszyn.

Na koniec zostawiłem sobie apokalipsę nawiązującą do poprzedniego odcinka Fascynującego Świata Munchkina opowiadającego o zombie. Ona w ostatnich latach święci bodaj największy wzrost popularności. Różne są jej genezy, acz zawsze żywi zostają zepchnięci do defensywy w starciu z przeważającą liczebnie hordą żywych trupów. Popkulturowych przykładów nie brakuje, ale nie będę Wam zajmował czasu powtarzaniem się, zachęcam do przeczytania tamtego tekstu. Znajdziecie go tu.

Z zombie łączy się wizja śmiertelnego wirusa, który co prawda nie zmienia ludzi w żywe trupy, ale po prostu nas zabija. To, czy wirus będzie tworem człowieka, czy matki natury, jest kwestią drugorzędną. Nie są to czysto teoretyczne wizje. Z historii wiemy, że pandemie różnych chorób już się zdarzały. W XIV w. do Europy przywędrowała czarna śmierć. Epidemia (najprawdopodobniej) dżumy spowodowała śmierć nawet ⅔ mieszkańców kontynentu. Niektóre państwa potrzebowały ponad 150 lat na odbudowę dawnej populacji. Podobna sytuacja miała miejsce w latach 1918-1919. Epidemia grypy hiszpanki spowodowała śmierć ponad 50 milionów ludzi (szacuje się, że zachorowało na nią około 500 milionów). W zakończonej parę miesięcy wcześniej I wojnie światowej zginęło ponad pięciokrotnie mniej ludzi!

Koniec świata od lat inspiruje twórców dzieł wszelakich. Wyobraźnia każdego dnia podsyła nam kolejne scenariusze zagłady ludzkości. Dla mnie osobiście sam rodzaj apokalipsy jest dużo mniej ważny niż jej data. Choć z przykrością, bazując na doświadczeniu płynącym z historii naszej cywilizacji, już dawno doszedłem do wniosku, że ten czy inny armageddon sprawimy sobie sami.

Mam nadzieję, że nie pozostawiam Was w zbyt smutnym nastroju. Jeśli chcecie skosztować luźniejszego podejścia do końca świata i z uśmiechem mierzyć się z nadciągającymi katastrofami, musicie spróbować Munchkina Apokalipsy. Tam pokażecie końcowi świata, kto tu rządzi!

Pozostałe posty